„High Planes Drifter” (1973)

HELL

Dobry western to Rozrywka Mistrzów i Wielkie Kino. „High Planes Drifter” (po polsku – naturalnie – „Mściciel”) to ironiczny, okrutny i fenomenalny film. Tradycyjnie, rewolwerowiec przybywa do miasteczka, które oczekuje na atak grupki bandytów. Ale czy gość poluje na nich, czy ma własne cele do zrealizowania? Czy mieszkańcy są na pewno tylko ofiarami terroru?

„Well it’s what people know about themselves inside that makes ’em afraid.”

Drugi film, wyreżyserowany przez Eastwooda, nawiązuje do wcześniejszych dzieł Sergio Leone, gdzie Clint grał podobne postacie tajemniczych facetów. Tutaj niezwykłym elementem jest wątek metafizyczny – bohater jest właściwie przedstawiony jako anioł (zemsty? śmierci?), mieszkańcy miasteczka to potępieni grzesznicy, a samo miasteczko w miarę trwania filmu staje się Piekłem. W jednej ze scen, gdy wredny plan bohatera staje się zrozumiały, całe miasto zostaje zalane krwią (metaforycznie)… Plan ten to jeden z najlepiej pomyślanych motywów westernowych, jakie znam. Całość daje do myślenia, kwestia winy i takie tam…

Świetna rola bezimiennego bohatera – ironicznego, bezczelnego i poniżającego wszystkich naookoło strzelca. Nieogolony przystojniak z cygarem pije mnóstwo whisky, zabija kogo trzeba i chędoży wszystko, co się rusza. Idealny wzór dla młodzieży. Inna ciekawa postać to szeryf-karzeł. Jest dość aspołeczną jednostką, po mianowaniu na swoje stanowisko uczestniczy w świetnych scenach Obnażania Małomiasteczkowej Hipokryzji.

Bardzo dobrze wprowadzone retrospekcje, przypominają te z „Dawno temu na Dzikim Zachodzie”, ale mają klimat nadający filmowi specyficzne „uduchowienie”.

– What did you say your name was again?
– I didn’t.

Polecam.

  • Trailer i fragment filmu (format .rm) na stronie Eastwooda: tutaj
  • Stronka na filmwebie
  • Stronka na wikipedii (j. ang.)
Reklamy

„Uzumaki” (2000)

Dziwaczny pseudohorror  japoński… Wysmakowane zdjęcia, obrzydliwe sceny i absurdalne zdarzenia. Dużo atrakcyjnych zdjęć, obsesyjnie zielone zabarwienie, czasem przełamane ciemną czerwienią… Warto też obejrzeć dla wnętrz i podwórek japońskich domków, dla klaustrofobicznych uliczek małego miasteczka. Pomysły na wiele scen opierają się na dobrej scenografii.

Fabuła – jak to w japońskich horrorach – albo nie wiadomo o co chodzi, albo wszystko jest idiotycznie proste. Strrraszny Wir (Uzumaki) rzucił klątwę na miasteczko. Nieletnie dziewczę ma nieszczęście tam mieszkać. Czy wir opanuje wszystko? Na 100% opanowany został rozum scenarzysty… a przedtem, autora mangi, na której film jest oparty.

Polecam, jeśli ktoś lub atmosferę horroru, ale chce zobaczyć coś lżejszego od typowej japońskiej jatki (ja jestem zbyt wrażliwy na wiele motywów made in Japan). Styl „Uzumaki” jest podobny momentami do Takashi Miike („Ichi the Killer”, „Gozu”) ale bardziej popowy i w sumie mało zaskakujący… i, hm, tak jakby nudny czasem. Całość jest „przegryziona” komediowymi motywami, żeby widza już kompletnie pokręciło (wciągnęło).

Jeśli nie jesteśmy przygotowani na ten gatunek i nie zdążyliśmy się przyzwyczaić do japońskiej „patologii filmowej” – nie oglądajmy….

„3:10 do Yumy” (2007)

Ładny nowy western z Christianem Bale i Russelem Crowe, remake filmu z 1957 roku.

Zaskakujący klasyczną formą – mógłby zostać nakręcony spokojnie w latach 70-tych bez znaczących zmian w środkach technicznych. Współcześnie lepiej wyglądają wybuchy i czasem scenografia, ale asceza westernu (wszędzie piasek, drewno, konie i niedomyci kolesie) oraz poruszanie ważnych pytań o to, kim jesteśmy i co nas „napędza” – bez zmian.

Nie będzie to pewno film, który zapisze się trwale w historii kina, za 20 lat (a nawet za dwa) ktoś będzie go wspominał, itp. Ale warto obejrzeć dla roli Russela (sentymentalny, negatywny bohater) i Bale’a (farmer zmuszony sytuacją do ryzykownego zadania) — całość dla wielbicieli westernów to niezła rzecz. Może nie „odrodzenie gatunku”, ale zawsze coś. Podejrzewam, że pierwowzór lepszy, ale nie pamiętam już, czy go oglądałem.

Bolesław Prus, „Faraon” (1895)

Skończyłem przesłuchiwać następną książkę audio, „Faraona”. Nie, nie jestem opętany na punkcie lektur szkolnych. Prus to jeden z moich ulubionych autorów – może dla kogoś oznacza to, że nie znam ich zbyt wielu, ale potęga tych jego kilku powieści za każdym razem do mnie mocniej dociera. Czytajcie go.

„Faraon”. Nie tak zróżnicowany, jak „Lalka”, ale bardzo bogaty w treści i imponujący w formie. Doskonałe studium mechanizmów władzy, zakrętów polityki, roli nauki i wielu… takich tam…

Brak szczęśliwego zakończenia. Nieco chyba „na siłę” dodany epilog, żeby czytelnik się nie załamał. Książka zostawia może okrutne wrażenie, żal za Ramzesem i tak dalej. Ale jest wspaniała. Wzbogaca i zmusza do przemyśleń, a przy tym nie jest trudna w odbiorze.

Książka wydana przyzwoicie, MTJ ma często mało atrakcyjną szatę graficzną, ale tutaj nie jest źle. Największą zaletą jest bardzo porządny lektor, Paweł Niczewski, swobodnie zmieniający głos w zależności od postaci i w tajemniczy sposób przekonujący nas (mnie), że jest rzeczywiście kimś ze starożytnego Egiptu. Ładnie wydobywa „archaiczność” tekstu i słychać, że chyba lubi Prusa.

Następny plus to dobre „pocięcie” na rozdziały (około 20-40 minut każdy). I bardzo, bardzo niska cena („nówkę” można wyrwać poniżej 7 zł).

Wady? Pliki otagowane z polskimi literami (odtwarzacz pokazuje krzaczki), podejrzana jakość płyt CD (szumiała). Dodatkowo, nie było chyba żadnej edycji nagrania, niedobrze. Pan Niczewski czasem się oczywiście myli; twardo zaczyna od początku zdania, ale ktoś to powinien ładnie zlepić! Halo, reżyser dźwięku? Korekta? Mnie to w sumie to nie przeszkadza za bardzo, wprowadza dodatkowy czynnik ludzki. Seria darmowych angielskich audiobooków o Holmesie („pinkgeek audio„) podobała mi się głównie dlatego, że lektor potrafił się obśmiać z własnej pomyłki, a czasem w tle słychać było odgłosy z jego domu… Ale wydając audiobooki trzeba zwracać na to większą uwagę.

Jest jeszcze kilka innych wydań tej książki w formie audio, ale ta jest naprawdę dobra a stosunek jakości do ceny – atrakcyjny :)

Uwaga, całość trwa ponad 26 godzin, słuchałem kawałkami przez kilka miesięcy…

Polecam, polecam.

A – film Kawalerowicza też warto obejrzeć (nominacja do Oscara, dość rzadki przypadek udanej polskiej „superprodukcji”).