Tadeusz Konwicki, „Czytadło” (1992)

Zwlekałem kilka miesięcy z tą recenzją, miałem jakieś notatki – ale nie mogłem. Może i nie czuję się wystarczająco kompetentny, żeby opisywać książkę cenionego autora mieszkającego w tym samym mieście, co ja? Książkę chyba trudną w interpretacji. Oczywiście ją opiszę – biorąc pod uwagę niezbyt wysoką popularność mojej strony, istnieje niezwykle niskie prawdopodobieństwo, żeby jakiś krytyk literacki trafił tutaj, przeczytał (do końca) co mam do powiedzenia i jeszcze zapragnął to zmieszać z błotem. A sam autor pewno nie należy do czytelników blogów, dzięki Bogu.

Czuję się więc bezpieczny pod tym względem. Kontynuuję.

Tadeusz Konwicki, „Czytadło”, wersja audio. Książkę zakupiłem wiele miesięcy temu przez bardzo rozsądnie zaprojektowany serwis Audioteka.pl. Niestety, nie mogę znaleźć tam już tej książki, jej strona zniknęła. Tak więc, opisuję coś czego już nie można kupić. Spróbuję się dowiedzieć dlaczego. Jakby co – wersja „papierowa” znajdzie się w bibliotece lub księgarni, nie samym audiobookiem żyje człowiek.

„Czytadło” to quasi-thriller, satyra z pogranicza surrealizmu – senne zdarzenia przeplatają się z aluzjami, które czasem ciężko rozsupłać. Powtórzenia pewnych sytuacji nadają książce niepokojącą atmosferę snu, przewidującego (według mojej interpretacji – tylko pozornie) zdarzenia, które następują nieco inaczej niż zostały zapowiedziane – ale wystarczająco podobnie, żeby wywoływać głęboki niepokój. Opisy osób i sytuacji są równie ważne (czy też, równie mało ważne) jak fabuła; wszystko razem płynie dziwnym rytmem, uwodząc czytelnika, ale też i za bardzo się nim nie przejmując. Czytałem gdzieś, że „Czytadło” nie jest uznane za najlepszą książkę tego autora. Wikipedia również pisze, że reakcja krytyki nie była dobra (cytowany jest tylko jeden krytyk – może więc sam to napisał? he, he). Jakoś za bardzo mnie to nie rusza – wszystkie książki Konwickiego to elementy jednej układanki, takie demoniczne puzzle rzucane czytelnikowi. Czasem jak gdyby z chęci usprawiedliwienia się przed kimś – ale równie dobrze, może to być tylko poza i element gry autora.

Kluczy do zagadki nie dostaniemy, tak jak nie ma ich bohater – sterowany poczuciem winy i bardzo zawodną, wciąż kwestionowaną pamięcią. Czy kobieta, przy której się budzi, faktycznie nie żyje? Co właściwie się zdarzyło? Czego chce kolega z dawnych czasów? W skrócie – „Zagubiona autostrada” w wersji light (ale kilka lat przed filmem Lynch’a), rozgrywająca się między Pałacem Kultury i Nauki, kilkoma placami, komisariatem, budką telefoniczną i mieszkaniem w Centrum (dwa pokoje z kuchnią).

Bohater od lat garbi się, siedząc w fotelu, naprzeciwko lustra. Ciągle „ma jakiś problem”, „nie wie”, „jest zdziwiony”. Nie pamięta, wciąż natrafia na dwuznaczności. Czy to ktoś go oszukuje, czy to tylko on sam? Alternatywą dla jego samotności jest tajemnica, nawet udawana – zapełni jakąś lukę, stworzy treść, zajęcie i miłość. Czy to, że on nie zna prawdy, że podstawia w jej luki własne elementy powoduje, że rzeczywistość, którą tworzy, nie jest wartościowa? Czy nie jest tak, że poznanie całej prawdy jest dla niego początkiem końca? A tajemnica jest bardziej ekscytująca od jej rozwiazania?

Książkę czytał Zbigniew Zapasiewicz. Niestety już nie żyje. Jego interpretacja tekstu była naturalna, bardzo świadoma humoru Konwickiego, bez niepotrzebnego zadęcia. Głos kogoś zdziwionego rzeczywistością. Starzejącego się pisarza, a może, hm, marynarza, który wysiadł na brzeg i jest kompletnie zaskoczony portem, do którego trafił. Lekko ochrypły, doświadczony, swobodnie przechodzący od chłodnej i bezlitosnej analizy rzeczywistości lat 90-tych do romantycznych albo gwałtownych fragmentów. Wrażliwość w zderzeniu z rzeczywistością, ujawniająca jakieś swoje toporne, niewygładzone elementy.

Jakieś wady „Czytadła” w wersji audiobookowej? Raczej nie. Tekst nie jest długi, trwa poniżej sześciu godzin, podzielony na wygodne fragmenty. Może nieco irytujące jest podpisywanie przez wydawnictwo plików, składających się na książkę – nie jest ona dostępna natychmiast po zakupie. Zakładając jednak, że nie istnieje zbyt wielu potencjalnych chętnych do przesłuchania Konwickiego, to ma sens. Co prawda, minimalizuje ilość słuchaczy, których głęboki altruizm skieruje w kierunku udostępnienia „Czytadła” całemu światu, ale równocześnie pozwoli na Panu Konwickiemu na zarobienie paru groszy.

Jak ta historia się kończy? Nie wiem, nie rozumiem właściwie wszystkiego, co się tam dzieje… Ułożyłem sobie w kilku zdaniach rozwiązanie „zagadki”. Może to zbyt banalna interpretacja, chyba z założenia nie ma satysfakcjonującego „wyjaśnienia”. Więc się moim rozwiązaniem ani szczegółami fabuły nie podzielę…

Bardzo polecam, warto się zderzyć z takim utworem i zobaczyć, jak będziemy wyglądać po takim zderzeniu.