Jerzy Andrzejewski, „Ciemności kryją ziemię” (1957)

ckzNiesamowita książka.

Na pierwszy rzut oka to omówienie metod działania Inkwizycji. Metod indoktrynacji i procesu wprowadzania młodego mnicha w świat dziwnej moralności. Łatwe wytłumaczenie celu książki to próba „wdeptania w ziemię” metod, używanych w Kościele wieki temu.

Naprawdę jest to analiza totalitaryzmu w każdej formie. Analiza konsekwencji rządzenia w oparciu o ideę uświęcającą wszystko, która w końcu i tak gdzieś zginie, pozostawiając chaos i zło.

Piszą, że to rozliczenie z epoką stalinowską i oczywiście tak jest. Nie jestem znawcą historii (czego często żałuję), ale książka składa się w jedną całość z tym, co można wyczytać, obejrzeć w Teatrach Telewizji czy posłuchać od ludzi, którzy znali tę epokę. Ciekawe czasy dla tych, którzy myśleli niezgodnie z „oficjalną linią”. Samo takie myślenie, bez szczególnego działania przeciwko systemowi, mogło pociągnąć za sobą fatalne konsekwencje.

Wniosek własny, który mi chyba najlepiej utkwił w głowie – u podstaw każdej władzy musi być zaufanie do ludzi i „miłość” (no pun intended). Ludzie mają swoje cele i swoje życie, które władza musi zawsze szanować. Cele dalekosiężne, oparte o prawdy absolutne (w książce – związane z wiarą katolicką, ale wymuszające okrucieństwo i gloryfikowaną przez powieściowego Torquemadę „pogardę”), którym wszystko musi się podporządkować, są złe z zasady.

To oczywiście pytanie, czy piękny cel uświęca najokrutniejsze środki, ale postawione w złożonej formie.

W książce nie ma banału. Momentami wydaje się przyciężka albo przydługa, ale jako całość – wyjątkowo warta przeczytania. Dodatkowo, to jedno z lepszych wydań polskich książek audio, jakie znam (na razie). Czyta Krzysztof Gosztyła, doskonale rozpoznając subtelności tekstu. Między rozdziałami usłyszysz trochę muzyki, brzmiącej jak dźwięki z opisywanej epoki. Doskonale wzmacnia ona atmosferę powieści i ułatwia zanurzenie się w tytułowe ciemności.

Nie podaję żadnych linków, książka audio jest do kupienia w księgarniach tradycyjnych i online.

Reklamy

Philip Jose Farmer, „The Green Odyssey” (1957)

goKlasyczne pseudo-science-pulp-fiction, w oczywisty sposób wzorowane na takich pozycjach, jak kiedyś przez mnie opisywane przygody Johna Cartera na Marsie… Nie obciąża to intelektu, ale sprawdza się jako pastisz, miło zapełniając czas np. gdy leżymy przeziębieni w łóżku. Wersja audiobookowa, dostępna na Librivox, jest świetna, lektor absolutnie profesjonalny a amerykańska wymowa atrakcyjna i zrozumiała (for me).

Ciekawa rzecz w tej powieści to fakt, że autor znany mi z raczej mistycznych pozycji („Gdzie wasze ciała porzucone” czy „Jezus na Marsie”) zabrał się za takie… pulp. Dodatkowo, jest to nieco fałszywe sf. Bez większych problemów otoczkę przyszłościowo-obcoplanetową można zamienić na jakąś starożytność i dać elementy mityczne (zastępując technologię magią).

Wbrew pozorom, tego audiobooka słucha się świetnie… no i mogę go polecić spragnionym lekkiej rozrywki i słuchania czegoś po angielsku.

* Audiobook na Librivox + linki o autorze itp