Siódma Pieczęć / Det Sjunde inseglet (1957)

Kompletnie nie czuję się kompetentny, żeby oceniać film Bergmana, ale to zrobię, gdyż/ponieważ obejrzałem go wczoraj. Kiedyś widziałem, ale jakieś 20 lat temu chyba nie byłem na to przygotowany, teraz seans poszedł lepiej. Myślałem, że to coś nudnego, jakieś smętne wynurzenia i niezrozumiałe aluzje. Nie jest nudny ani smętny, prezentuje nawet jakieś poczucie humoru. Niezrozumiałem aluzje występują gęsto. W formie surowy, pewno dziś kilku studentów z kamerami cyfrowymi mogłoby w okolicach jakiegoś skansenu mieć warunki do stworzenia filmu podobnego technicznie. Treściowo – nie ma bata.

„Siódma pieczęć” jest o życiu, wierze, miłości i śmierci… Powracający z krucjaty rycerz trafia do kraju, opanowanego przez zarazę. Jego religijność jest nieszczególna, ale wątpienie jest jego siłą, facet nie potrafi ustać w szukaniu prawdy. Obrazy zniszczenia i fanatyzmu religijnego (wiedźma! spalić ją!) są łagodzone przez obrazy radości życia i postawę innych postaci, np. zaradnego giermka, który nie ma problemów decyzyjnych i wydaje się dużo szczęśliwszy, podchodząc do ostatecznych tematów w mało refleksyjny sposób. Śmierć – w gustownym czarnym wdzianku – nie podaje rozwiązań, a wygrać z nią (nawet w szachy) nie sposób.

Podobało mi się, ale brakuje mi umiejętności i głębi emocjonalnej do jakiejś porządnej recenzji… Film jest również ważny ze względu na wpływ, jaki wywarł na kulturę – cytaty spotykamy często i gęsto. Woody’ego Allen, Monty Python i różne takie, poważniejsze również.

Po napisaniu powyższego sprawdziłem, co Wielki Roger Ebert ma do powiedzenia o tym filmie. Lepiej się zna na temacie i pisze ładniej, polecam się zapoznać.