„Dances with Wolves”

Wczoraj wieczorem przypomniałem sobie po wielu latach ten film K. Costnera. Nie pamiętałem go już kompletnie. Jakiś czas temu do „Naj” była załączona wersja reżyserska (226 minut, przyzwoita okładka), kupiłem wtedy to pisemko.

Muszę powiedzieć – niesamowicie dobrze zrobione widowisko, że się tak brzydko wyrażę, humanistyczne. Super zdjęcia, naturalne scenerie, niesamowite widoki. Niewielka ilość uproszczeń, może nieco słabe zakończenie. Dobre aktorstwo i scenariusz, większość rzeczy w sumie jest znacząco powyżej przeciętnej.

Rzadko ostatnio kręcą widowiska z podobnym rozmachem, niestety.

Indianie przeważnie zostali pokazani pozytywnie, a biali – są tutaj śmiecącymi dokoła paranoikami z obsesją ekspansji i zabijania, pozbawionymi jakiejkolwiek umiejętności refleksji. Oprócz głównego bohatera, który jest tak szlachetny, że aż hejże.

Gdybym miał się czepiać – nie podobała mi się muzyka (za nią był jeden z 7 Oskarów) – prerie, Indianie,  bizony, biały człowiek jako lud barbarzyńskich najeźdźców i do tego jakieś smyczki i dęciaki? Bez żartów. Powinno być coś indiańskiego albo przynajmniej odrobinę mistyki, czy ja wiem – np. w stylu Dead Can Dance?

Bizony też były jakieś małe, wyglądały dziwnie.

Poza tym – doskonały film na wieczór. Zapraszam do wypożyczalni po DVD, oglądać głośno i z napisami. Warto sobie powtórzyć.

Reklamy

„Grindhouse, vol. I – The Death Proof”

Nowy film Tarantino, w USA wyświetlany jako jeden seans, razem z „Planet Terror” Rodrigueza. W naszym kraj pokazywane są osobno, premiera drugiego „segmentu” chyba za jakiś miesiąc. Bardzo nieładnie się u nas traktuje widzów – tak to odbieram.

Słowa kluczowe, jakie serwis IMDB przypisał temu filmowi to m. in. Lap Dance, Serial Killer, Car Accident oraz Car Chase. Bardzo słusznie. Film daje widzom właśnie to. W nadmiarze, tandetnie, krwawo, szybko, seksownie, przekolorowanie, idiotycznie, wspaniale, okrutnie i zabawnie. Ładne zdjęcia są czasem „niszczone” schematycznymi ujęciami i nagłymi „błędami” montażu. Żart montażowy to dość rzadki zabieg, Quentin w nim wyraźnie zasmakował – mnie się to bardzo podoba. „Wyeksploatowana” taśma filmowa, motywy graficzne i muzyka z lat 70-tych, wiele idiotycznych dialogów (gorsze od seriali dla młodzieży)  i fragmenty „starych” filmów lub reklamówek dopełniają efektu.

Podobno są jeszcze jakieś zajawki nieistniejących filmów, m. in. „Kobiety – Wilkołaki z SS” (Nicolas Cage jako Fu Manchu)…. Mam nadzieję, że będą je wyświetlali u nas razem z „Planet Terror”.

Kurt Russell jako niby – kaskader, ścigający i zabijający dziewczyny.

Dziewczyny (przeważnie fajne) – niektóre giną w okrutny sposób, niektóre przeżywają. Kim jest naprawdę psychopata? Kto przeżyje? Czy zło zostanie ukarane? Co zrobi Zoe, kaskaderka, dublująca poprzednio Umę Thurman w „Kill Bill” (tutaj jako pełnoprawna aktorka)?

No i wreszcie – czyje nagie stopy obejrzymy w tym filmie i co się z nimi stanie?

Pościgi samochodowe są naprawdę dobre, bardzo stylowe, w świetnych sceneriach, chyba nawet realistyczne. Postaci wspominają o filmach, w których są wzorcowe sceny z autami. M. in. „Znikający punkt” i „60 sekund” – „ale to oryginalne, a nie gniot z Angeliną Jolie” :)

Jest jeszcze drugie dno filmu – dostajemy, czego chcemy, przykra może być świadomość, czego chcemy. Ostatnia scena – dokładna kopia filmu kung-fu (ale bez kung-fu) pięknie domyka cały film.

SPL: Sha Po Lang (2005)

Niestety, mój pociąg do kultury popularnej, połączony z sympatią dla kina Azji, czasem sprawia niemiłe niespodzianki. Ten film był podobno hitem w Hong Kongu, przyjęty bardzo dobrze, itp.

Niestety, widzowie w HK się mylą. Jest bardzo słabo.

Świetne początkowe zdjęcia i niezły pomysł zostały spalone. Scenariusz jakoś od połowy robi się fatalny. Na końcu nie wiadomo co wynika z tego, co się stało – chyba coś sentymentalnego, bo muzyka robi się rzewna. Początkowe, ładne zdjęcia – jak nie z kina rozrywkowego – zmieniają się później w typowe dla nowych chińskich produkcji efekciarstwo – bez pokrycia w treści, bez sensu. „Forma ocalała.”

Jest jedna doskonała walka – Donnie Yen vs Wu Jing, wg Wikipedii scena była wynikiem sparingu, nie scenopisu. Wyszło niesamowicie.

Donnie Yen był bardziej ciekawy jako aktor w opisywanych kilka postów wcześniej „Siedmiu mieczach”, a Sammo Hung… Jego czas na kino sensacyjne chyba minął.

Neon Genesis Evangelion: serial + film

Anime. 26 odcinków, jeden film z nowym materiałem, dwa „kompilacyjne”, zapowiadana nowa ekranizacja. Moja recenzja była już gotowa dużo wcześniej, ale chyba się zagubiła w brudnopisach, bo nie mogłem znaleźć.

Bohaterowie przechodzą od walki we wnętrzu gigantycznych robotów, typowych dla japońskiej, komercyjnej tandety ;) do walki we wnętrzu własnych umysłów, ścierając się z własną przeszłością, skrywanymi wspomnieniami i lękiem. Muzyka zmienia się od „konfekcji” do nieco innej (Beethoven, Bach), dylematy robią się poważne a symbolizm scen staje się prawie nieznośny.

Postaci w początkowych odcinkach są dość jednowymiarowe (nawet Shinji, taki niby główny bohater), wydają się kierować głównie ambicją i czymś jakby poczuciem obowiązku – w typowych kreskówkach przeważnie mamy do czynienia z chęcią „bycia lepszym”, co prawdopodobnie ma zachęcić dzieci do lepszej nauki i studiowania prawa albo medycyny… Jednak, w miarę jak serial się rozwija, komplikuje się nie tylko fabuła, plącząca się w typowy dla anime sposób (czego tak naprawdę bronią „bohaterowie”? czy robią słusznie? kto nimi steruje i jakie ma cele?). Motywacje postaci i ich życie wewnętrzne wychodzą na pierwszy plan do tego stopnia, że końcowe odcinki dzieją się częściowo w świecie ich myśli (następuje też odejście od kreski anime, a nawet wprowadzenie fragmentów filmu fabularnego), drastycznie ukazując to, co nimi kieruje, m. in. skomplikowane relacje z rodzicami, skrywaną miłość, zazdrość, nienawiść, kompleksy. Zupełnie przestaje być to serial dla dzieci, zmieniejąc się w z okrutną psychoanalizą. Zero Pokemonów. Do całości dochodzą mętne nawiązania do symboliki chrześcijańskiej i jakieś koszmarne motywy, nie wiem jakie – gnostyckie? Niektórzy widzowie mogą się zbuntować przeciwko niektórym scenom.

Świetny serial, jedno z lepszych anime, jakie znam. Chociaż momentami nieco za mocny, hm, artystycznie. Treść wydaje się głęboka, ale nieco przygasa pod natłokiem wszystkiego (szczególnie niezbyt zrozumiałej – jak rozumiem, dodanej ze względu na egzotyczność – mistyki).