„Taken” (2008)

tkn„Taken” / „Uprowadzona” to pod wieloma względami sensacja oryginalna. Rzadko to się zdarza. Liam Neeson ma tu okazję zrehabilitować się za Gwiezdne Wojny, bieganie ze świetlówką na tle niebieskich ekranów i żarty z Jar-Jar Binksa.

Mocne, realistyczne sceny. Film daje do myślenia. Przeważnie mdli mnie od współczesnych filmów tego gatunku – chyba wszystkie są zrobione w podobny sposób. Ewentualny zwrot akcji, nawet jeśli zaskakujący, nie jest jakiś wartościowy. Czy coś. Tutaj mamy ograny motyw ojca szukającego porwanej córki. „Znajdę was i zabiję”, itp. Ale zrobione niesamowicie klimatycznie. Nieco inny film niż zawsze.

Brutalność wielu scen można porównywać do azjatyckich sensacji, ale o ile tam reżyserowie starają się często wprowadzać jakąś symbolikę i wizualną atrakcyjność do walk, w „Taken” są one najczęściej krótkie i potwornie skuteczne. Bo ktoś ze służby specjalnych będzie raczej wolał niebezpiecznego faceta walnąć w krtań albo zastrzelić niż wykonać na nim piękną Technikę Pięciu Kwiatów albo użyć stylu Żurawia za Stodołą. Tak, tak.

Film zwraca uwagę na handel ludźmi i trudności związane ze ściganiem takich przestępstw… Po skończeniu seansu nie czułem się komfortowo. Większość scen dzieje się w Paryżu, nasuwa to nieciekawe myśli o różnych mafiach i nieuchwytnych bandytach, kręcących się w miejscach, do których jeździsz na wakacje… Brrr…

Reklamy

„Angels & Demons” (2009)

Dość dziwny film, pomimo zaskakującego zakończenia w sumie mało oryginalny.  Chyba nieco mnie znudził. Nie wiem, na czym polega sukces autora książki, film mnie nie zachęcił do zainteresowania się jego puścizną.

Bohaterem jest  historyk. Sądząc z tego, co prezentuje w filmie, o wiedzy użytkownika jednotomowej encyklopedii. Może nie miał okazji się popisać. Zagadka, jaką rozwiązuje, polega na jak najszybszym bieganiu między różnymi punktami Rzymu. Pomimo tego, że człowiek ten jest chyba autorytetem światowego formatu, nie mówi ani nie robi niczego, co wystawałoby poza przeciętność.

Fabuła filmu przypomina Indianę Jonesa w wersji dla ludzi, którzy powinni unikać nadmiaru emocji. Bohater idzie do punktu n. W punkcie n trzeba coś rozwalić albo zauważyć, że podłoga się odsuwa. Albo coś. Jakiś posąg pokazuje paluchem w kierunku północnym albo dmucha powietrzem na wschód, i tam trzeba iść właśnie. Do punktu n+1. Impressive.

Jeśli super tajna organizacja Iluminatów (podobno super inteligentne stowarzyszenie, walczące z Kościołem) posiadało zagadki, szyfry i sposoby ukrywania informacji takie, jak na filmie – nic dziwnego, że organizacja ta zaginęła w pomrokach dziejów. Oni się nie ukrywają. Zostali wszyscy wyłapani po tygodniu.

Dużo większe wrażenia to lektura „Pana Samochodzika i Templariuszy”. Serio.

A. W miarę fajna rola Ewana McGregora. I zdjęcia całkiem ładne. Może odwiedzę w końcu ten Rzym, wydaje się super miejscem.

Nie wiem, jakie jest przesłanie filmu, chyba chodzi o łagodną kontrowersję. Bohater niby jest agresywnym ateistą, ale tak jakoś… nie do końca o to chodzi. Aluzje do śmierci Jana Pawła II i pewne niemiłe sceny są złagodzone informacjami, że to jakiś inny papież a w ogóle to się dzieje kiedy indziej.

Jakieś sceny z helikopterem i bombą. Łojoj. Antymateria, którą widać całkiem wyraźnie (ładna jest). Łojojoj.

Taki film rozrywkowy, nie spodziewajcie się dyskusji o historii Kościoła, wykładów z historii ani niczego podobnego. Czepiam się. Trochę szkoda czasu. Może się sprawdzić jako rozrywka przy piwie. Ale zdjęcia ładne i w swojej klasie (hm… górna półka kina „B”) nie jest to totalna klapa.

Spragnionym „agresywnego ateizmu” zalecam – zamiast „Aniołów i Demonów” – szklankę wody. Albo „His Dark Materials” Pullmana.


„WALL.E” (2008)

Bardzo sympatyczny film. Mały robocik, pozostawiony na Ziemi przez ludzkość jako część programu odnowy zniszczonej planety, kolekcjonuje sobie różne przedmioty, najwyraźniej budując w sobie jakąś „nierobocią” wrażliwość.

Trzy rzeczy były dla mnie szczególnie interesujące:

1) Wyraźne nawiązania do gry Fallout (wykorzystanie muzyki Armstronga i połączenie motywów z lat 40-tych i 50-tych z postapokaliptyczną scenerią)

2) Atmosfera filmu, ogólny rys fabuły i wykorzystanie gagów jak u Chaplina

3)  Motyw z „twardego” sci-fi, bardzo dobry. Po wyniszczeniu planet ludzkość udała się na kosmiczny rejs w statku, sterowanym przez automaty, umilające podróż. Po kilkuset latach efekty umilenia są tragiczne.

Polecam. Akceptowalne kompromisy dla pogodzenia filmu dla dzieci z filmem dla dorosłych.

Filmweb – WALL.E

„Wild Bunch” (1969)

twbQuentin Tarantino chciałby pewno nakręcić ten film. Niestety, może co najwyżej cytować – tego nie da się powtórzyć. Genialne, po prostu czyste arcydzieło. Sam Peckinpah to mistrz.

Tytułowa „dzika banda” to grupa przestępców – rabują i zabijają. Ale dobro i zło w tym filmie miesza się w szczególny sposób. Po władzy spodziewajcie się bezwzględności i okrucieństwa, po bandytach elementów moralności i honoru. Widzę ten film jako „Siedmiu samurajów” w krzywym zwierciadle (obrzydliwe wyrażenie, ale nie mam pomysłu jak to inaczej ująć) – bardziej życiowo, bardziej okrutnie i dosadnie.

Mocne sceny – zaczynając od początkowej (dzieci, bawiące się skorpionem jako zapowiedź elementów fabuły). Najlepsze są momenty związane z „generałem” i partyzantką przeciw jego władzy. Końcowe sceny to jedna z najkrwawszych i bardziej dramatycznych walk, jakie widziałem w westernach.

„Hang ‚Em High” (1968)

hehW polskim tłumaczeniu – „Powiesić go wysoko”. Niech będzie, chociaż  ’em wskazywałoby raczej na „ich”, niż „go”. Whatever.

Bardzo dobry western z Clintem Eastwoodem, w innej konwencji niż filmy Sergio Leone, ale ogląda się super. Clintowi udaje się z trudem umknąć śmierci na stryczku i zatrudnia się jako element wymiaru sprawiedliwości, żeby znaleźć uczestników linczu.

Western z mocnymi elementami psychologicznymi. Inspiruje przemyślenia na temat osobistych motywów, stojących za władzą.

Wg mnie to „pozycja obowiązkowa” dla osób, lubiących Eastwooda i porządne klasyczne kino.