Hugh Laurie, „Sprzedawca broni” (1998)

sbOczywiście, nie jest to dzieło idealne, ale słuchało się dobrze. Nawet – pomimo gatunku, do którego należy (kryminał / sensacja) – zmusiło mnie momentami do zatrzymania się w lekturze i pomyślenia.

Złożony proces recenzowania zacząłem od okładki, badając podejrzliwie jakość papieru i usiłując znaleźć jakiś brak przecinka. Nic. Złośliwie podważyłem pudełko na płytę – na pewno się oderwie. Nie oderwało się. Poobracałem pudełko na wszystkie strony. Wyjątkowo eleganckie wydanie. Na półce wygląda dobrze, jak książka, a nie plastikowe pudełko na płyty.

Przeszedłem do analizy płyty CD – strona graficzna staranna i profesjonalna. Wsunąłem do napędu. Pliki ponazywane dobrze, sortują się bez problemów. Dobrze otagowane, pocięte na fragmenty trwające około 10 minut. Nie przyczepię się, niestety. Pod względem technicznym wszystko bez zarzutu, jak dotąd najładniejsze wydanie audiobooka, jakie miałem w ręku.

Lektor (Jarosław Rabenda) też świetny, dobrze wczuł się w konwencję.

OK, znalazłem coś niedobrego – cena dość wysoka. Lubię myśleć o książkach audio jako o tańszych i wygodniejszych odpowiednikach książek papierowych. Za przeproszeniem – ekologicznych odpowiednikach książek papierowych. Oczekuję nagrody za wkład w ochronę lasów tropikalnych, czyli chcę niższej ceny. Może przesadzam. Cóż, wielu osób cena nie odstraszy.

Może drobne uzasadnienie, dlaczego wybrałem tę książkę. Oczywiście, ze względu na autora. Hugh Laurie gra główną rolę w serialu House i jest to aktor szczególny. Pomyślałem, że warto porównać rolę z osobą. Jak wiele błyskotliwości, która jest widoczna w tej postaci, pochodzi ze scenariusza, a jak wiele jest związane z talentem, który może się przenieść na umiejętności literackie? Taki eksperyment.

Zacznę od najgorszego. Facet w książce sypie żartami jak z rękawa, niestety – słabymi żartami. Zdarza się coś, co mnie autentycznie rozbawia, czasem uda się też jakaś błyskotliwa metafora. Chyba najlepsza: „był brzydki, jak parking samochodowy”. Bardzo plastyczne i eleganckie. Żartów jest jednak za dużo i są przykrego rodzaju. Są to tego typu teksty, jakie można wyprowadzić z dowolnego zdania, przyczepiając się do słów i tłumacząc oczywiste rzeczy, puszczając oko do czytelnika co trzy minuty. Podam przykład, jak można konstruować taki żart.

Piszę teraz recenzję i piję piwo marki X. Właściwie nie, nie piję go teraz. Gdybym pił piwo w momencie, w którym piszę, musiałbym trzymać butelkę jedną ręką, kierując ożywczy napój w kierunku przełyku, a drugą ręką pisać na klawiaturze, dodatkowo zerkając na ekran jakoś tak po skosie, co wcześniej czy później zaowocowałoby oblaniem laptopa i kosztownym procesem czyszczenia go z lepkiej cieczy…

Rozumiecie. Sztuczne zapełnianie miejsca. Gadanie o niczym. Jeśli książka ma mieć silne elementy humorystyczne, to jej statystyczny żart musi rozkładać czytelnika na łopatki – albo przynajmniej starać się to uczynić. A nie wywoływać prychnięcia i stonowane uśmiechy. No chyba, że chcemy się zapoznawać z książką w środkach komunikacji miejskiej. Wtedy wybuchy śmiechu i klepanie się po kolanie mogą być niepożądane.

Pretensjonalne wydają mi się cytaty występujące na początku każdego rozdziału. Usiłują sprawić wrażenie, że autor dużo czyta. Może czyta głównie książki z cytatami?

W tym świetle, wątpliwe wydają mi się entuzjastyczne oceny tej książki, „maksimum gwiazdek” na niektórych stronach (Amazon) itp.

To na tyle znęcania się. Na szczęście, w pewnym momencie element humorystyczny zaczyna ustępować sensacyjnemu, który idzie bardzo dobrze. Nie jestem fanem kryminału, jeśli nie idą za nimi wspaniałe konstrukcje intelektualne. Jak u Lema (fenomenalny Katar), czy choćby Conan Doyle’a. Ale i tutaj udało mi się zaangażować w fabułę. Do pewnego momentu książka przypomina trochę kryminały Borisa Viana, w stylu „popularne do bólu, ale urokliwe i posiadające pewną finezję”. Powieść pisana w pierwszej osobie, prezentująca bohatera jako dość twardą jednostkę. Czytelnik się więc nieco utożsamia – odnosi wrażenie, że też jest twardzielem. Późniejsza część fabuły dotyczy tytułowego handlu bronią i o ile te dziesięć lat temu finansowanie terroryzmu i tworzenie lokalnych konfliktów w celu sprzedaży broni było takim sobie tematem, obecnie ma inne zabarwienie. Wywołuje we mnie niepokój. Te fragmenty książki, które opisują terrorystyczne akcje, w których główny bohater bierze udział, są najlepsze. Mocne, brutalne i z odpowiednim tłem. Z morałem.

Polecam osobom spragnionym powieści sensacyjnych, choć oczywiście Sprzedawca broni zawiera tyle wygłupów, że nie jest to czysta sensacja w rodzaju Tożsamości Bourne’a. Dobre elementy fabuły i możliwość zapoznania się z debiutem literackim Pana Laurie z pewnością spowodują, że wiele osób sięgnie po tę książkę.

Dziękuję Audiobook.pl za przekazanie mi egzemplarza do recenzji (jest ona też umieszczona na stronie info.audiobook.pl)

Reklamy