„Fracture” (2007)

Całkiem przyzwoity film sądowo – kryminalno – zagadkowy. Anthony Hopkins jest zawsze mile widziany (nie powtarza się), dodatkowo zobaczyłem Ryana Goslinga, nie poraził mnie tym razem tak, jak rolą w „The Believer”.

Pewno podobny film można było zrobić dużo taniej, zaoszczędziwszy na aktorach i wnętrzach. Za mały efekt, jak na użyte środki, dodatkowo rozwiązanie „tajemnicy” mało rewolucyjne.

Jak na sądowy, za mało inteligentnych dialogów. Jak na dramat, za mało poruszający. Spragnionym złożonych zagadek i „tajemnic zbrodni” polecam raczej sięgnięcie do opowiadań Edgara Poe o detektywie Dupin. Oraz oczywiście do serii o Sherlocku Holmesie. Tam zwrotów akcji i pomysłów nie brakuje, chociaż to straszne starocie.

Reklamy

„Dude, Where’s My Car?” (2000)

Kiedyś ktoś mi polecał, no to sobie obejrzałem. Kolorowe kino dla młodszej publiczności (zestarzałem się chyba), średnio zabawne. Chociaż z kilkoma udanymi pomysłami. Przynajmniej nie jest ogranym, nie kończącym się cytatem z innych filmów i ma nieobciążoną intelektualnie atmosferę piwno – imprezowej głupoty. Można obejrzeć jako lekarstwo na przeciążenie pracą. Ashton Kutcher („The Butterfly Effect”, „That ’70s Show”) i Seann William Scott utrzymują całość na poziomie nieco (niewiele) powyżej dna.

„Grindhouse, vol. II: Planet Terror”

Tak jest. Laska z karabinem zamiast nogi. Do tego, zombie, krew, paskudztwo, świństwo i obrzydlistwo. Oraz bardzo dobra zabawa, specyficzny humor, do jakiego przyzwyczaił już nas (mnie) Rodriguez w „Od zmierzchu do świtu”. Facet radośnie czerpie garściami z filmów o zombie (noce żywych trupów itp. martwice mózgu) – filmów, które chyba razem z Tarantino znają na wylot. Ja nie miałbym cierpliwości, żeby obejrzeć tyle – pardon le mot – syfu. A wypożyczalnie w mojej okolicy zawsze miały do zaoferowania coś ciekawszego. Na szczęście, Rodriguez potrafi chyba cały gatunek zreferować, zawrzeć w jednym filmie, poddać postmodernistycznej obróbce i dogłębnej krytyce (może bez przesady). I można sobie obejrzeć jego „Planet Terror”, element dwuczęściowego „Grindhouse”, świadomego gniota, żywiącego się amerykańską kulturą bardzo popularną. Quentin upodobał sobie film o pościgach samochodowych, Robert wziął na warsztat film gore z chodzącymi trupami w rolach głównych. Czemu nie? Chłopaki są tak rozpieszczani, że mogą kręcić co chcą – bawią się świetnie a ludzie i tak pójdą do kina.

Jest w tym wszystkim coś niepokojącego. Czy potrafiliby zrobić doskonały, piękny film? Nie parodię, nie postmodernistyczne, rozpaciane coś, ale spójne, klasyczne kino? Może potrafią tylko ośmieszać coś, co tak naprawdę przestało być aktualne, bo filmów, które chłopaki oglądali nikt już nie zna? W pewnym momencie filmu Tarantino porównuje główną bohaterkę do Avy Gardner. Kto wie, kim była? Ja już słabo kojarzę, a nowe pokolenie już chyba nie, bo zaczynamy znać klasykę wyłącznie z cytatów – „Psychoza” to scena pod prysznicem, którą rozpoznajemy, bo jest cytowana w wielu filmach (głównie komediach, jako obowiązkowa scena łazienkowa). Bez edukacji filmowej praca chłopaków od „Grindhouse” traci nieco sens.

rmg.jpg Piękna (proszę bez dyskusji) Rose McGowan jest jednym z ważniejszych czynników, podnoszących jakość filmu. Plotka (nareszcie!) głosi, że reżyser miał z nią romans. Brawo, Robert! Rose jest podstawową atrakcją tego filmu, czarująca, zabawna i w ogóle. I ślicznie tańczy na początku. To właściwie najlepsza scena filmu, jak się tak zastanowię. Dziewczyna jest w pewnych scenach tak gorąca, że nawet taśma filmowa tego nie wytrzymuje.

Teraz o filmie… Hm… no więc mamy inwazję zombie, wyjadających mózgi i infekujących otoczenie. Rose jest tancerką, której zombie wyrywają nogę, z czego wyniknie mnóstwo nieśmiesznych żartów. Mam nadzieję, że celowo nieśmiesznych. Oraz kilka głupich, ale dobrych – w swoim rodzaju (końcowe sceny bitewne, wykorzystujące jako rekwizyt protezę z karabinu z granatnikiem). Bruce Willis jest dodatkowym złym bohaterem. Dobrym bohaterem jest jeden koleś (chyba syn reżysera), który ciągle rozwala zombie na kawałki. Zombie eksplodują, rozpadają się, ktoś je rozjeżdża, prawidłowo – jak to się robi z zombie. Są sobie też różni poboczni bohaterowie, jak to zwykle w takich filmach. Coś się z nimi dzieje, ale generalnie nie ma to znaczenia… Liczy się zabawa konwencją, jak zawsze. Rozrywka, brak refleksji, itp. Czy uda się uratować Ziemię przed chodzącym Złem? Who cares….

Polecam fanom zabaw filmowych, podobało mi się.

Linki:

  • Polska oficjalna strona (jakoś nie bardzo mi działa) – tu
  • Stopklatka.pl – krótki opis, galeria, zwiastuny
  • Mój wcześniejszy opis „Grindhouse: Deathproof” – tutaj

„Mr. Bean’s Holiday” (2007)

Może nie powinienem się przyznawać, że obejrzałem ten film, ale zrobię to, bo bardzo mi się podobał. Przyznaję się.

Spodziewałem się ogranych skeczy Rowana Atkinsona w nowych wersjach, pomijalnej fabuły i niewyróżniających się (będę pisał „nie” z imiesłowami tak, jak mi się podoba) zdjęć. A tutaj miła niespodzianka. Momentami nakręcone naprawdę pięknie, w stylu jakichś filmów francuskich (zresztą, „Mr Bean’s…” dzieje się we Francji), które kiedyś widziałem, ale nie pamiętam. Może trochę skojarzyło mi się to z „Amelią”? Mam czasem dziwne skojarzenia.

Humor nie jest agresywny, dowcipy raczej łagodne, kilka całkiem odkrywczych żartów (piękna scena śpiewu operowego) i przede wszystkim – przyjazna atmosfera. Mr Bean nie jest – jak uważają niektórzy – obrzydliwym, zabawnym idiotą, on po prostu ma inny sposób rozumowania. Odniosłem wrażenie, że bohater nieco różni się od tego znanego ze skeczy w TV. Jego egocentryzm czasem znika i pojawia się bardzo miły, chętny do pięknych gestów człowiek. Efekty jego działań są jak najbardziej pożądane, chociaż elementy toku rozumowania – niecodzienne.

To oczywiście „tylko” wygłupy brytyjskiego komika. Ale powyżej średniej (a zdecydowanie powyżej „Strasznych filmów” i podobnych arcydzieł). No proszę, spojrzałem teraz na IMDB – co prawda, film nawet dostał 6/10, ale kilka recenzji bardzo pozytywnych. O – piszą, że to koprodukcja angielsko-francuska. A ktoś na Filmwebie pisze o analogiach do filmów Jacquesa Tati (muszę sobie kiedyś przypomnieć, kompletnie ich już nie kojarzę). Może zupełnie prawidłowo wyczułem w tym filmie coś ładnego?

„1408” (2007)

Nie wierzcie reklamom, ten film jest słaby, John Cusack nieprzekonujący a Samuel L. Jackson papierowy. Całość to horror, więc jeśli lubicie nagle podskoczyć albo bać się po cichu, dygocząc na krzesełku, to się sprawdzi na wieczór. Ale proszę – to nie jest dobre kino. Ładne zdjęcia, dobre efekty – niestety, wszystko bez sensu. Fabuła używa wszystkich możliwych, setki razy wypróbowanych chwytów a na koniec nie wyjaśnia właściwie głównej zagadki. Lipa dużo biegania, wyskakiwania zza rogu i krwi. Jest kilka ciekawych pomysłów, ale nie jest to nowa „Drabina Jakubowa” (patrz: recenzja na horror.com.pl) Adriana Lyne’a.

Nie będzie nikt mi sprzedawał ciemnoty, że 1408 to wybitne dzieło Mistrza Kinga, że on się bawi konwencją – czy coś. I jeszcze to zakończenie, niby jak z Carpentera; Carpenter może tak robić, tutaj to jest bez sensu. Próbuje nam się wcisnąć życiowe mądrości, ale w niestosowny, momentami obraźliwy sposób.

BUU!