Karol May, „Winnetou I-III” (1893)

W ramach krytycznego przeglądu lektur dzieciństwa zanurzyłem się w świat przygód Old Shatterhanda. Spodziewałem się lekkiego zawodu jakością tej powieści, ale w sumie zaskoczonyostałem pozytywnie. Co prawda, jej długość (3 tomy, w wersji audio ponad 52 godziny) nie jest rekompensowana treścią, a przygody momentami posiadają podobny scenariusz, lecz jest wiele ciekawostek, dla których warto było.

Po pierwsze, interesujące tłumaczenie – anonim. Kto to przetłumaczył?! Nie zdziwiłbym się, gdyby to była „praca na boku” jakiegoś znanego pisarza początku XX w. Jest bardzo porządnie, styl oczywiście to nie arcydzieło sztuki translatorskiej (pamiętajmy – literatura klasy „B”) ale mimo wszystko jest na swój sposób ładny – w „gawędziarskiej” (jak w wyrażeniu „gawędzić przy ognisku”)  interpretacji wydawnictwa MTJ. Czyta Roman Felczyński – lektor z początku wydawał mi się zbyt „powolny” jak na głos Old Shatterhanda (powieść jest pisana w pierwszej osobie), ale przyzwyczaiłem się. Interpretacja jest w porządku, w miarę trwania książki przekonałem się do niej.

Moje ulubione fragmenty to opisy ekscentrycznych postaci – Sam Hawkens czy Old Death są naprawdę fajnie napisani; ten drugi ma w sobie niezwykłą porcję tragizmu, uzależniony od opium i obsesji zemsty, która ostatecznie obróci się przeciw jemu samemu i jego najbliższej rodzinie.

Element chrześcijańskiego humanizmu (mam wrażenie, że nie wiem, o czym piszę) jest dość szczególny w tak „niskim” utworze. Główny bohater, faktycznie alter ego autora (podobno cierpiącego na rozdwojenie jaźni) uosabia zarówno siłę fizyczną, jak i moralną – cechy którymi sam May niekoniecznie mógł się poszczycić.

Najlepsze cechy powieści to „wartka akcja” (jak to często piszą na okładkach filmów, które do niczego się nie nadają), fantastycznie napisany główny bohater – zaskakujący talentem preriowym i traperską inteligencją, jak również wspomnianym humanizmem (często wybiórczym) – oraz zaskakujący smutek końcowego wydźwięku.

Książka jest właściwie epitafium (trudne słowo) dla Dzikiego Zachodu, zamieszkałego przez wybite plemiona Indian, dla prerii, pociętych koleją żelazną i upstrzonych innymi artefaktami bytności białego człowieka. Kopalniami, brudnawymi miasteczkami poszukiwaczy złota i kryjówkami bandytów.

Autor nie znał miejsc, które opisywał ani języków Indian, którymi mówią postaci. To skłania do refleksji.

Może jeszcze próbka stylu z końcówki:

Tak oto zginął testament Apacza, podobnie jak zginął on sam i jak niebawem zginie cała czerwona rasa. Chociaż bogato wyposażona, nie osiągnie ona swego wielkiego celu i nie spełni swej wielkiej misji. Jak skrawki testamentu rozproszone w powietrzu, tak samo bez oparcia i chwili spokoju tułają się i błąkają czerwonoskórzy wojownicy. Tułają się po dalekich równinach, które ongiś stanowiły ich własność. Kto jednak w górach Gros Ventre nad rzeką Metsur stanie nad mogiłą Apacza, ten powie: „Tu spoczywa Winnetou, wielki czerwonoskóry człowiek”. A gdy kiedyś szczątki ostatniego z Indian zgniją w zaroślach i w wodzie, wtedy szlachetnie myślące i czujące pokolenie stanie przed sawannami i górami Zachodu i zawoła: „Tu spoczywa czerwona rasa; nie stała się ona wielką, gdyż nie dano jej osiągnąć wielkości.”

Żeby nie było, że jest to dzieło doskonałe, inny cytat…

Największą radość okazywał Murzyn Bob. Zataczał koła, przewracał kozły i robił miny, które wskutek kontrastu barw: jego czarnej twarzy i siwych włosów, były nieopisanie śmieszne.

He, he, he.

Z tego, co doczytałem, jest jeszcze tom czwarty, ale jakoś ciężko go zdobyć. Nie wiem nawet, czy było polskie tłumaczenie. Trudno, przeżyję.

Wydawnictwo MTJ wydaje dość tanie książki audio, niestety praca lektora nie jest tak dokładnie weryfikowana, jak w innych wydawnictwach (zdarzają się potknięcia, powtórzenia, zła wymowa nazw i nazwisk), ale jak dla mnie jakość wydania „Winnetou” jest całkowicie akceptowalna. A lektor (podobnie, jak w przypadku „Faraona” tego samego wydawnictwa) w porządku i dobrze przygotowany do prezentowania tekstu.

Okładka bez rewelacji, ale zupełnie porządna ilustracja. Indianin na koniu, jak to Indianie lubią. Zresztą kupowałem w formie elektronicznej, więc się nie wgłębiałem w jakość pudełka, nośnika, okładki itp.

Dobra książka na dłużące się chwile. Na stanie w korku na przykład. I jest w niskiej cenie. Dobrze wydane kieszonkowe ;)

(aktualizacja: 2009-05-05 – kilka poprawek)