„Mr. Bean’s Holiday” (2007)

Może nie powinienem się przyznawać, że obejrzałem ten film, ale zrobię to, bo bardzo mi się podobał. Przyznaję się.

Spodziewałem się ogranych skeczy Rowana Atkinsona w nowych wersjach, pomijalnej fabuły i niewyróżniających się (będę pisał „nie” z imiesłowami tak, jak mi się podoba) zdjęć. A tutaj miła niespodzianka. Momentami nakręcone naprawdę pięknie, w stylu jakichś filmów francuskich (zresztą, „Mr Bean’s…” dzieje się we Francji), które kiedyś widziałem, ale nie pamiętam. Może trochę skojarzyło mi się to z „Amelią”? Mam czasem dziwne skojarzenia.

Humor nie jest agresywny, dowcipy raczej łagodne, kilka całkiem odkrywczych żartów (piękna scena śpiewu operowego) i przede wszystkim – przyjazna atmosfera. Mr Bean nie jest – jak uważają niektórzy – obrzydliwym, zabawnym idiotą, on po prostu ma inny sposób rozumowania. Odniosłem wrażenie, że bohater nieco różni się od tego znanego ze skeczy w TV. Jego egocentryzm czasem znika i pojawia się bardzo miły, chętny do pięknych gestów człowiek. Efekty jego działań są jak najbardziej pożądane, chociaż elementy toku rozumowania – niecodzienne.

To oczywiście „tylko” wygłupy brytyjskiego komika. Ale powyżej średniej (a zdecydowanie powyżej „Strasznych filmów” i podobnych arcydzieł). No proszę, spojrzałem teraz na IMDB – co prawda, film nawet dostał 6/10, ale kilka recenzji bardzo pozytywnych. O – piszą, że to koprodukcja angielsko-francuska. A ktoś na Filmwebie pisze o analogiach do filmów Jacquesa Tati (muszę sobie kiedyś przypomnieć, kompletnie ich już nie kojarzę). Może zupełnie prawidłowo wyczułem w tym filmie coś ładnego?

Reklamy

„1408” (2007)

Nie wierzcie reklamom, ten film jest słaby, John Cusack nieprzekonujący a Samuel L. Jackson papierowy. Całość to horror, więc jeśli lubicie nagle podskoczyć albo bać się po cichu, dygocząc na krzesełku, to się sprawdzi na wieczór. Ale proszę – to nie jest dobre kino. Ładne zdjęcia, dobre efekty – niestety, wszystko bez sensu. Fabuła używa wszystkich możliwych, setki razy wypróbowanych chwytów a na koniec nie wyjaśnia właściwie głównej zagadki. Lipa dużo biegania, wyskakiwania zza rogu i krwi. Jest kilka ciekawych pomysłów, ale nie jest to nowa „Drabina Jakubowa” (patrz: recenzja na horror.com.pl) Adriana Lyne’a.

Nie będzie nikt mi sprzedawał ciemnoty, że 1408 to wybitne dzieło Mistrza Kinga, że on się bawi konwencją – czy coś. I jeszcze to zakończenie, niby jak z Carpentera; Carpenter może tak robić, tutaj to jest bez sensu. Próbuje nam się wcisnąć życiowe mądrości, ale w niestosowny, momentami obraźliwy sposób.

BUU!

„The Pursuit of Happyness” (2006)

Will Smith miał w końcu szansę udowodnić, że nie jest aktorem, grających błaznów albo biegających policjantów. Odwalił taką rolę, że proszę siadać.

Obyczajowy film, oparty na faktach, opowieść o życiu przedstawiciela handlowego, któremu jest ciężko. Nie o to chodzi, że nie może sobie kupić nowego samochodu, albo że w restauracji nie podają tego, co lubi. Od faceta odchodzi żona, nie udaje mu się nic sprzedać, kończą się pieniądze na życie, koniec z mieszkaniem i względną stabilizacją. Wszystko zainwestował w niechodliwy towar. Jego mały synek wymaga uwagi, ale zamiast tego „bohater” musi biegać, polując na okazje i udając przed potencjalnymi klientami, że jest szczęśliwy i przyjazny. Dostanie w końcu swoją szansę. Hm.

Aktorstwo i zdjęcia (naśladujące styl lat 80-tych, niesamowicie dobrane kolory) wg mnie wspaniałe. Mądry film. Dobrze pokazana walka faceta z wrogim otoczeniem i to, jak chwyta się każdej szansy. Czy motywacja i praca doprowadzą go do „sukcesu”?

Warto obejrzeć. To nie jest film z Tomem Cruisem, gdzie uśmiechnięty facio po drogich studiach inwestuje miliony, żeby zdobyć wątpliwe uczucie terapeutki (czy kogoś takiego). Polecam.

Ha ha!

Rowan Atkinson, pończochy, korona i świetny slapstickowy styl.

Ten sam aktor. Humor słowny, dość dosadny, bardzo miła rzecz.

I przypomnienie odrobiny klasyki – Harold Lloyd. Podobnie jak Jackie Chan kilkadziesiąt lat później, nie potrzebuje kaskaderów….