Golem (1920)

Klasyka niemego filmu – Golem, reż. Paul Wegener; muzyka (uwaga, dość metalowa): Fantômas, klip jest krótki…

…ale pełny film jest dostępny na Google Video (patrz poniżej)!! Obejrzę w wolnym czasie, rzecz była uznana za zaginioną.

Reklamy

„Getting Things Done”

Zainteresowałem się hasłem, które przewija się przez internetowe strony, poświęcone „nowym trendom”, ciekawemu oprogramowaniu i innym bajerom. Hasło to GTD, czyli Getting Things Done. Jest to rodzaj metody lub filozofii (nieco za mocne słowo) organizowania sobie czasu i zarządzania rzeczami, które trzeba zrobić. Takiego zarządzania, żeby nie mieć wrażenia, że coś się robi źle, że się jest w złym miejscu, itp.

Poświęciłem się i przeczytałem książkę. Wydaje mi się, że wdrożyłem elementy metody w pracy i w celach edukacyjnych. Może się to wydawać śmieszne, ale jeśli zdarza się, że jednego dnia zapisuję sobie w pracy 20-30 rzeczy, które trzeba zrobić, sprawy mogą się wymknąć spod kontroli. Podział tych czynności i podejście do nich, sugerowane przez autora, pomagają w pracy. Przykładowo, lista projektów semestralnych i powiązane z nimi, najbliższe czynności, pozwalają lepiej zaplanować sobie, kiedy coś zrobić. Nie jest oczywiście powiedziane, że będzie mi się chciało robić cokolwiek z tych rzeczy :)

OK, czas na wnioski z lektury:

a) Generalnie rzecz biorąc, jest tam dużo mądrych myśli. Ludziom przychodzą do głowy różne bzdury, od których często nie mogą się uwolnić. Dobrze jest je zapisać i poddać po jakimś czasie – np. podczas dziennego przeglądu – „przepływowi pracy” (workflow):

  • przekształcić je na czynności, które można wykonać. Czyli: nie ogólne – oddać rower do naprawy, ale – znaleźć w necie adresy bliskich warsztatów, zadzwonić i spytać się o ceny usług (podział na czynności do wykonania)
  • albo określić, że jest to coś, co „musi czekać” i zdefiniować „wyzwalacz” czynności (naprawa radia – czekam na telefon z warsztatu)
  • albo „zahibernować” – odsunąć na później, do przemyślenia – „uwolnić się” od sprawy
  • albo delegować (ktoś inny na pewno chętnie to zrobi ;) )
  • albo wywalić – kosz, niszczarka, bye-bye

Jeśli coś zaplanowanego zajmie niewiele czasu – np. ok. 10 minut – należy to zrobić natychmiast.
b) Używanie kalendarza do planowania czynności, które nie są przywiązane do daty, jest błędem. Lepsze jest stworzenie list, związanych z określonymi grupami czynności („projekty”, „do zrobienia”, „czekam na”, itp); nie należy rozbijać systemu, np. na palmtopa, kalendarz, notes itp. Wiedza musi być zwarta, musimy ufać temu, co mamy, możemy wtedy się skoncentrować na tym, co jest do zrobienia.

c) Należy zwracać uwagę na czynności, które się wykonuje na tle swojego życia lub jego fragmentu. Co robię teraz. Jak to wpływa na moje plany na następny tydzień. Rok. Dekadę. Życie. Nieco paranoiczne, ale może faktycznie działać motywująco.

d) Nieco krytyki. GTD jest metodą przereklamowaną, rodzajem marketingowej wydmuszki, lokomotywą, ciągnąca autora, jego książki, wykłady i kursy dla uczestników Wyścigu Szczurów – którzy żyją z kompleksami, że nie uda im się wygenerować maksymalnego zysku dla swojej ukochanej firmy (że być może dożyją do 40-stki – potem zorientują się, że coś tu nie gra i wyjadą na wieś, założyć piekarnię albo cmentarz dla zwierząt). Książka jest za długa, pełna powtórzeń i parareligijnego zachwytu, chyba typowego dla poradników, przeznaczonych dla mas. Towarzyszy jej dziwaczny ruch wśród internautów – wielokrotnie wpadałem na strony, pełne zachwytu i deklaracji, że ktoś przeczytał książkę dwa razy, przesłuchał ją w wersji audio i był na kursach autora. Choroba,  normalnie. I chyba wyjątkowo zręczna promocja. Co do autora (D. Allen) –  jest potwornym nudziarzem i megalomanem. Chyba pół rozdziału poświęca jakimś cholernym szafkom na dokumenty – jakieś są lepsze, jakieś są gorsze i Nie Kupujcie Ich. I teksty w stylu: Wielokrotnie, Podczas Moich Wykładów Ludzie Stwierdzali… Większość Moich Klientów Podczas Indywidualnych Kursów z Zaskoczeniem Zauważało… I tym podobne. Towarzystwo tego gościa to chyba uniwersalny środek nasenny.

Myślę, że lektura to strata czasu. Wystarczają streszczenia książki. Wyciągają z niej cały geniusz (jest go odrobinę) i pozbawiają histerii.

  • Polecam blog „Stifflog”, gdzie chyba można się dowiedzieć wszystkiego, co trzeba: tutaj (zacząć „od końca”, czyli chronologicznie).
  • Wstęp do „systemu” na stronach 43 Folders

(grafika: „The True Nightingale Sings to the Emperor” – Henry Justice Ford)

Tadeusz Dołęga-Mostowicz „Kariera Nikodema Dyzmy” (1932)

GW co tydzień rzucała do kiosków nową książkę w wersji audio, seria ta nazywała się „Mistrzowie Słowa”. Zawierała zarówno pozycje w typie lektur szkolnych („Pan Wołodyjowski”, „Dzieci z Bullerbyn”), jak i bardziej awangardowe (mam na myśli „Moskwa-Pietuszki”). Książki można kupić nadal, w sklepach lub wysyłkowo.

Czas trwania to najczęściej kilka godzin, format mp3. Źródło: archiwa Polskiego Radia. Bardzo ładnie to wygląda, jest płytka i broszurka o lektorze, autorze książki i o samej książce. Za „Karierę…” zapłaciłem 16 złotych. Jak tańsze wino, a smak bardziej wysublimowany.

„Karierę Nikodema Dyzmy” czyta Krzysztof Kolberger, czyta rewelacyjnie. W przypadku takiej osoby zasadne było załączenie broszury ze zdjęciami i informacjami o aktorze – warto się o nim dowiedzieć więcej. Doskonała kontrola głosu i interpretacja tekstu, nie ma się oczywiście do czego przyczepić.

Mogłoby się wydawać, że książka jest przestarzałą satyrą na facecika z prowincji, któremu Się Nagle Powodzi. O, nie.

Dołęga Mostowicz pokazuje mechanizmy władzy i działanie psychologii tłumu, bezmyślną potęgę pobieżnej atrakcyjności i nagłej mody. Dzisiaj książka byłaby o roli telewizji w życiu i o sposobach tworzenia Gwiazd…

Nie trzeba nic umieć, wystarczy być popularnym, aby „ludzie cię docenili”. Popularność można wytworzyć sztucznie. A jedno zdarzenie medialne pociąga za sobą drugie. Za wszystkimi idzie gotowa opinia o człowieku, opakowana w kolorowe zdjęcia. Jest pięknie i wszystko się toczy jak Ktoś sobie zaplanował. Można kogoś łatwo zniszczyć, można łatwo wywyższyć – bez względu na fakty. Pięknie, prawda?

Jak ten pisarz mógł być nazwany pisarzem dla kucharek (nie ujmując nic kucharkom, bardzo szlachetny zawód) – nie wiem. Styl świetny, mnóstwo dobrych obserwacji, bardzo dobre opisy środowisk, w których obraca się bohater i ogólnie – ciekawy opis życia w Polsce w okresie międzywojennym.

Mocne, aktualne, ciekawe. Dobra powieść, dobra satyra, dobrze napisane, dobrze przeczytane.

„Lot nad kukułczym gniazdem”

Dobra książka w dobrej wersji audio – czyta Zbigniew Zapasiewicz. Interpretacja doskonała, ale pamiętam, jak kiedyś czytałem tę książkę, wydawała mi się lepsza. To było dość dawno, myślałem że jest w tej historii więcej wątków, nieco więcej głębi. Może czytałem w innym tłumaczeniu? Hm.

Oczywiście – warto, jeśli ktoś nie zna… O władzy, o presji otoczenia, chyba aluzje do totalitaryzmu (Wielka Oddziałowa vs Wielki Brat). Jeśli chodzi o lepszą powieść o władzy, wpada mi na myśl „Faraon” (w trakcie słuchania), są tam fragmenty szokująco spostrzegawcze i współczesne.  Nawet widziałem, że Janusz Korwin-Mikke poleca Prusa, cytuję z bloga:

Zawsze mówię takim „politykom”: czytajcie najlepszą polską powieść polityczną, intelektualnie dostępną i dla ćwierćinteligentów: „Faraona” śp.Aleksandra Głowackiego (ps. „Bolesław Prus”).  

:)

Kesey jest ogólnie jakiś taki przesadnie buntowniczy, ale w porządku.

„Lot” kupiłem tutaj: Książki Audio

Czas trwania: ok. 5 godzin 30 minut