„Taken” (2008)

tkn„Taken” / „Uprowadzona” to pod wieloma względami sensacja oryginalna. Rzadko to się zdarza. Liam Neeson ma tu okazję zrehabilitować się za Gwiezdne Wojny, bieganie ze świetlówką na tle niebieskich ekranów i żarty z Jar-Jar Binksa.

Mocne, realistyczne sceny. Film daje do myślenia. Przeważnie mdli mnie od współczesnych filmów tego gatunku – chyba wszystkie są zrobione w podobny sposób. Ewentualny zwrot akcji, nawet jeśli zaskakujący, nie jest jakiś wartościowy. Czy coś. Tutaj mamy ograny motyw ojca szukającego porwanej córki. „Znajdę was i zabiję”, itp. Ale zrobione niesamowicie klimatycznie. Nieco inny film niż zawsze.

Brutalność wielu scen można porównywać do azjatyckich sensacji, ale o ile tam reżyserowie starają się często wprowadzać jakąś symbolikę i wizualną atrakcyjność do walk, w „Taken” są one najczęściej krótkie i potwornie skuteczne. Bo ktoś ze służby specjalnych będzie raczej wolał niebezpiecznego faceta walnąć w krtań albo zastrzelić niż wykonać na nim piękną Technikę Pięciu Kwiatów albo użyć stylu Żurawia za Stodołą. Tak, tak.

Film zwraca uwagę na handel ludźmi i trudności związane ze ściganiem takich przestępstw… Po skończeniu seansu nie czułem się komfortowo. Większość scen dzieje się w Paryżu, nasuwa to nieciekawe myśli o różnych mafiach i nieuchwytnych bandytach, kręcących się w miejscach, do których jeździsz na wakacje… Brrr…

Reklamy