Karol May, „Old Surehand” (1894-96)

Zachęcony dobrym wrażeniem, jakie na mnie wywarł „Winnetou”, radośnie porwałem się na następną ze znanych powieści Maya – „Old Surehand”. Prawie poległem. Pięćdziesiąt godzin audiobooka nie wydaje się tragedią, ale Mayowi zdarza się niestety przynudzać lub sypać fatalnymi dialogami.

Oczywiście długość utworu nie jest dyskwalifikująca sama w sobie, ale przygnębiająca wydała mi się determinacja autora, żeby powtórzyć sukces „Winnetou” i napisać następne trzytomowe dzieło. W „Old Surehandzie” próbuje zbyt wielu wątków, co sprawia wrażenie, że pochodzą one z innych utworów i nie przyczyniają się do sensu powieści, a nawet go rozmywają. Przykładowo, większość drugiego tomu to opowieści przy stole, służące rozbudowaniu tła kilku postaci. Nieco zbyt wielu. Być może przez formę audiobooka – nie jestem pewien – zagubiłem się w tych pobocznych wątkach. Niektóre miały za zadanie udowodnienie prostych tez w stylu „nie wszyscy Apacze (poza Winnetou) są tchórzami” – podejrzewam że Mayowi pozostało trochę niewykorzystanych materiałów z innych powieści i wykonał swoisty recykling. W przypadku kilku wątków wykorzystano konstrukcję szkatułkową – zabieg zaskakujący jak na ten gatunek!

Jest to również powieść drogi – niektórzy bohaterowie, których napotykamy na początku, wykonują swoje zadanie i znikają, a Old Shatterhand i jego koledzy jadą dalej…. Gdyby wyrzucić jakąś połowę tekstu, otrzymalibyśmy bardziej płynną książkę. Albo dwie. No cóż, szlachetni wojownicy i ich niesamowite przygody mają swoje prawa..

Old Shatterhand. Dającym przykład swoim zachowaniem w miejscu, gdzie rządzą naprawdę straszni ludzie – wszędzie kręcą się mordercy, fałszerze i oszuści. Wśród bohaterów Zachodu trafiają się powszechnie okrutne i bezwzględne jednostki, do których zasadniczo należałoby strzelać bez pytania – od razu po zbliżeniu się na stosowną odległość. Co ciekawe, Shatterhand próbuje ewangelizować wielu swoich rozmówców – zarówno Indian, jak i białych. Czasem May popada w śmieszność, każąc superbohaterowi wygłaszać odezwy na temat aniołów stróżów albo wieszczyć komuś rychłą śmierć za łamanie przykazań.

Dochodzimy tu do najciekawszej postaci. Old Wabble, król kowbojów, który jest w stanie ujarzmić każdego mustanga. Stary, wychudzony rewolwerowiec. Słynny z zabijania Indian. Swoim wiekiem i doświadczeniem wzbudza sympatię Shatterhanda, który chce mu dać oparcie w grupie. Wabble jest chętny do wszystkich niebezpiecznych wypraw. Narzuca się pomimo słabych umiejętności  traperskich i słabnącej formy fizycznej. Podczas dwuosobowej wyprawy nie jest w stanie nadążyć za atletycznym Shatterhandem, sprowadzając na nich obu niebezpieczeństwo. Komu potrzebny taki starzec, wydaje się mówić May, młodzi, wysportowani powinni go zastąpić.

Czytając pewne fragmenty przestajemy się dziwić uwielbieniu Adolfa H. dla książek Maya.

Wabble zawodzi zaufania na każdym kroku, odrzuca szanse, które mu dają towarzysze, a w końcu zwraca się przeciwko nim – z zawziętością najgorszych wrogów. Historia tej postaci jest dość wstrząsająca i paradoksalnie lepiej poprowadzona od losów tytułowego Old Surehanda, którego tajemnicza tragedia rodzinna rozwiązuje się w stylu taniego romansu. Poprzez Old Wabble’a (i inne postaci) „Old Surehand” mówi, że za wyrządzone przez nas zło może czekać kara już w życiu doczesnym. Negatywny bohater może zostać przygnieciony skałami lub pożarty przez krokodyle. Bohaterowi pozytywnemu grozi co najwyżej schwytanie przez Indian i „pal męczeński” – spod którego jednak zawsze udaje się uciec.

Profesjonalny lektor (Piotr Balazs) dobrze oddaje klimat XIX-wiecznej powieści – niby nie da się tego czytać bezkrytycznie, ale jemu się udaje. Ciężko mi jednak powiedzieć, czy interpretacja Old Shatterhanda jest lepsza w „Winnetou” wydawnictwa MTJ, czy w „Old Surehandzie”.

Wydawnictwo Qes Agency wykonało bardzo dobrą robotę pod względem samego nagrania – zero potknięć lektora, fragmenty audiobooka są w wygodnych długościach, świetnie otagowane – a każdy rozpoczyna się ładnym motywem muzycznym. Oprawa graficzna mniej mi się już podoba – zamiast trzech płyt w osobnych pudełkach, zapakowanych w dodatkową obwolutę, wolałbym jedno pudełko (jak to np. zrobiło wydawnictwo Aleksandria z „Potopem”) na kilka płyt. Qes podeszło jednak do sprawy dość oryginalnie – każdy tom można zakupić osobno – stąd ten zabieg. Co do okładki – ilustracja związana z książką mogłaby nie być przykryta motywem całej serii – rozumiem, że jest to wyróżnik wydawnictwa, ale dlaczego aż tak? Nie podobają mi się też naklejki na płycie. Generalnie ich nie lubię – prosty nadruk byłby lepszy, ilustrowanie płyt jest zbędne – słuchamy ich, a nie oglądamy :)

Cena mogłaby być niższa, no ale trudno. Najważniejsza jest doskonała jakość techniczna audiobooka jako takiego. No i nie trzeba kupować wersji pudełkowej – można mp3.

Myślę, że książka ta nie sprawdza się jako coś, co chcemy przeczytać od deski do deski podczas jakiegoś wyjazdu. Jest świetna do posłuchania raz na kilka dni, daje do myślenia mocniej, niż wynikałoby to z gatunku. Można się zastanowić nad moralnością bohaterów literatury popularnej. Nad rolą religii w powieściach sensacyjnych. Nad tym, co w bohaterach sprzed stu lat wydaje się nam dziś wartościowe, ale i nierealne czy śmieszne. Ciężko powiedzieć, kto może być typowym odbiorcą „Old Surehanda” – ja bym obstawiał studenta, zgłębiającego literaturę popularną (żeby nie powiedzieć „niską”). A może kogoś, kto kiedyś lubił westerny, a teraz chce na nie spojrzeć krytycznie – przypomnieć sobie fascynację gatunkiem, równocześnie zwątpić w niego i docenić – jako gatunek, doskonale opisujący zachowania ludzi w surowych warunkach.

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Karol May, „Old Surehand” (1894-96)

  1. Zawsze się zastanawiam, czy warto tracić czas, który poza zdrowiem jest czymś dla nas najcenniejszym, na czytanie powieści nie wybitnych. Jest tyle arcydzieł literatury zarówno światowej jak i polskiej, których nigdy nie przeczytamy (także uszami)po prostu z braku czasu, czy nawet informacji o nich i zachęty do czytania. Czy wobec tego będąc dorosłą osobą warto tracić czas na powieści typowo młodzieżowe? Nie narzucając nikomu mego zdania – ja wątpię

  2. ta ksiazka jest wspaniała, mam 40 lat i znowu po nią sięgam;) po raz chyba 10ty;) no, ale ja jestem indianistą;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s