„Chicago”

Musiałem wyjść z psem, więc opisuję pierwszą godzinę + ostatnie 10 minut. Może przez resztę czasu wydarzyły się takie rzeczy, że film by mnie totalnie zachwycił, a nie rozczarował; wszyscy tak się nim zachwycali, jakie to odrodzenie musicalu i w ogóle. Mnie się wydawał przede wszystkim kiczowaty – wiem, rzecz gustu, ambitny i perwersyjny zamysł reżysera, musical i scena mają swoje prawa, ale proszę… np. scena z morderczyniami, ich infantylne piosenki, czerwone światełka, refrenik i ubranka z czarnych pasków – koszmar.

Kompletnie nie lubię jako aktorki P. Zety-Jones, ale OK – widać wreszcie, że potrafi zagrać, jej postać ma jakiś wyrazisty charakter, ma to sens. Zellweger ma kilka dobrych scen (scena a la Wejście Smoka + Marylin Monroe), ale nie jest to dla mnie pełnoprawny film i aktorzy się tu za bardzo nie mogli popisać. Może się mylę. „Moulin Rouge” był bardziej kolorowy, miał więcej tandety, ale bardziej mi się podobał – więcej fabuły, konsekwentny „postmodernizm”, a całość bardziej efektowna.

Lucy Liu fajna, jak zwykle kopie :). Richard Gere w swoim wieku wygląda totalnie nieprzyzwoicie w bieliźnie. Muzyka nie do wytrzymania. Jak rozumiem, wg scenariusza w tamtych czasach co pół roku jakaś tancerka rozwalała jakiegoś gościa? Blee.

Najmocniejszy element filmu to pokazanie, jak manipulacja mediami pozwala każdemu bandycie zdobyć popularność, sławę i przekonać innych do swojej niewinności. Odrobinę jak „Natural Born Killers”, chociaż tam nie było mowy o niewinności. Końcowa scena tańca z karabinami maszynowymi – wszyscy zadowoleni, „happy end”, porażka systemu prawnego.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s