“Angels & Demons” (2009)

5 wrz 2009

Dość dziwny film, pomimo zaskakującego zakończenia w sumie mało oryginalny.  Chyba nieco mnie znudził. Nie wiem, na czym polega sukces autora książki, film mnie nie zachęcił do zainteresowania się jego puścizną.

Bohaterem jest  historyk. Sądząc z tego, co prezentuje w filmie, o wiedzy użytkownika jednotomowej encyklopedii. Może nie miał okazji się popisać. Zagadka, jaką rozwiązuje, polega na jak najszybszym bieganiu między różnymi punktami Rzymu. Pomimo tego, że człowiek ten jest chyba autorytetem światowego formatu, nie mówi ani nie robi niczego, co wystawałoby poza przeciętność.

Fabuła filmu przypomina Indianę Jonesa w wersji dla ludzi, którzy powinni unikać nadmiaru emocji. Bohater idzie do punktu n. W punkcie n trzeba coś rozwalić albo zauważyć, że podłoga się odsuwa. Albo coś. Jakiś posąg pokazuje paluchem w kierunku północnym albo dmucha powietrzem na wschód, i tam trzeba iść właśnie. Do punktu n+1. Impressive.

Jeśli super tajna organizacja Iluminatów (podobno super inteligentne stowarzyszenie, walczące z Kościołem) posiadało zagadki, szyfry i sposoby ukrywania informacji takie, jak na filmie – nic dziwnego, że organizacja ta zaginęła w pomrokach dziejów. Oni się nie ukrywają. Zostali wszyscy wyłapani po tygodniu.

Dużo większe wrażenia to lektura “Pana Samochodzika i Templariuszy”. Serio.

A. W miarę fajna rola Ewana McGregora. I zdjęcia całkiem ładne. Może odwiedzę w końcu ten Rzym, wydaje się super miejscem.

Nie wiem, jakie jest przesłanie filmu, chyba chodzi o łagodną kontrowersję. Bohater niby jest agresywnym ateistą, ale tak jakoś… nie do końca o to chodzi. Aluzje do śmierci Jana Pawła II i pewne niemiłe sceny są złagodzone informacjami, że to jakiś inny papież a w ogóle to się dzieje kiedy indziej.

Jakieś sceny z helikopterem i bombą. Łojoj. Antymateria, którą widać całkiem wyraźnie (ładna jest). Łojojoj.

Taki film rozrywkowy, nie spodziewajcie się dyskusji o historii Kościoła, wykładów z historii ani niczego podobnego. Czepiam się. Trochę szkoda czasu. Może się sprawdzić jako rozrywka przy piwie. Ale zdjęcia ładne i w swojej klasie (hm… górna półka kina “B”) nie jest to totalna klapa.

Spragnionym “agresywnego ateizmu” zalecam – zamiast “Aniołów i Demonów” – szklankę wody. Albo “His Dark Materials” Pullmana.



“WALL.E” (2008)

29 sie 2009

Bardzo sympatyczny film. Mały robocik, pozostawiony na Ziemi przez ludzkość jako część programu odnowy zniszczonej planety, kolekcjonuje sobie różne przedmioty, najwyraźniej budując w sobie jakąś “nierobocią” wrażliwość.

Trzy rzeczy były dla mnie szczególnie interesujące:

1) Wyraźne nawiązania do gry Fallout (wykorzystanie muzyki Armstronga i połączenie motywów z lat 40-tych i 50-tych z postapokaliptyczną scenerią)

2) Atmosfera filmu, ogólny rys fabuły i wykorzystanie gagów jak u Chaplina

3)  Motyw z “twardego” sci-fi, bardzo dobry. Po wyniszczeniu planet ludzkość udała się na kosmiczny rejs w statku, sterowanym przez automaty, umilające podróż. Po kilkuset latach efekty umilenia są tragiczne.

Polecam. Akceptowalne kompromisy dla pogodzenia filmu dla dzieci z filmem dla dorosłych.

Filmweb – WALL.E


“Wild Bunch” (1969)

5 lip 2009

twbQuentin Tarantino chciałby pewno nakręcić ten film. Niestety, może co najwyżej cytować – tego nie da się powtórzyć. Genialne, po prostu czyste arcydzieło. Sam Peckinpah to mistrz.

Tytułowa “dzika banda” to grupa przestępców – rabują i zabijają. Ale dobro i zło w tym filmie miesza się w szczególny sposób. Po władzy spodziewajcie się bezwzględności i okrucieństwa, po bandytach elementów moralności i honoru. Widzę ten film jako “Siedmiu samurajów” w krzywym zwierciadle (obrzydliwe wyrażenie, ale nie mam pomysłu jak to inaczej ująć) – bardziej życiowo, bardziej okrutnie i dosadnie.

Mocne sceny – zaczynając od początkowej (dzieci, bawiące się skorpionem jako zapowiedź elementów fabuły). Najlepsze są momenty związane z “generałem” i partyzantką przeciw jego władzy. Końcowe sceny to jedna z najkrwawszych i bardziej dramatycznych walk, jakie widziałem w westernach.


“Hang ‘Em High” (1968)

5 lip 2009

hehW polskim tłumaczeniu – “Powiesić go wysoko”. Niech będzie, chociaż  ’em wskazywałoby raczej na “ich”, niż “go”. Whatever.

Bardzo dobry western z Clintem Eastwoodem, w innej konwencji niż filmy Sergio Leone, ale ogląda się super. Clintowi udaje się z trudem umknąć śmierci na stryczku i zatrudnia się jako element wymiaru sprawiedliwości, żeby znaleźć uczestników linczu.

Western z mocnymi elementami psychologicznymi. Inspiruje przemyślenia na temat osobistych motywów, stojących za władzą.

Wg mnie to “pozycja obowiązkowa” dla osób, lubiących Eastwooda i porządne klasyczne kino.


Kings of the Sun (1963)

24 maj 2009

kotsBardzo ciekawy film o Aztekach czy innych Inkach. Aha, to Majowie.

Grupa ludzi ucieka z miejsca, gdzie czekają na nich tylko kłopoty i zakłada kolonię na pięknych terenach, zamieszkałych przez Indian (jeśli Majowie to też Indianie, to mam kłopot z nazewnictwem).

Budują oni (ci przyjezdni) piramidę, grodzą teren i malują całkiem ładne obrazki, żeby tylko się nie nudzić. Przewodniczy im facecik z kucykiem. Wygląda na wystraszonego, ale radzi sobie.

Na pierwszy rzut oka to lekko szmirowate dziełko historyczne o tym, jak to zgodza buduje a niezgoda rujnuje. Jest jednak jeden element, który nadaje całości inny wydźwięk.

Element ten to Yul Brynner. Gość po prostu zjada na śniadanie wszystkich superbohaterów. Co prawda daje się uwięzić przez facecika z kucykiem, ale całkiem skutecznie wyrywa mu dziewczynę i w ogóle sprawia wrażenie twardziela jak jasna cholera. Bardzo dobrze zagrana postać – dziki, ale szlachetny wojownik, reprezentujący stare cywilizacje, oparte na walce i polowaniu na koszmarnie groźne zwierzęta. Nic dziwnego, że dziewczyny na niego lecą. Jego konkurent z kucykiem jest taki jakiś… kulturalny; reprezentuje nową cywilizację, opartą na osiadłym, stabilnym życiu, pewno wszyscy hodują bydło i dbają o złote łany na polach. Może tylko okazjonalnie jest potrzeba wymordowania jakiejś wioski, tak dla treningu. Jego podejście do rzeczywistości zakłada obniżenie ilości składanych ofiar z ludzi i tym podobnych akcji, co nie podoba się wszystkim i jest miłą okazją do wprowadzenia kilku konfliktowych motywów.

Film jest kręcony w autentycznych plenerach zatoki … (jakaś w Ameryce Południowej). Warto obejrzeć, chyba że ktoś jest uczulony na produkcje kostiumowe z lat sześćdziesiątych.

Smutno się kończy, bo stara cywilizacja, oparta o twardzieli, musi się zlać w jedno z nieco rozmazanym Nowym. Nowe to kultura, pismo, wygodne fotele i dużo przedmiotów. Ciężko powiedzieć, czy warto.