“Taken” / “Uprowadzona” to pod wieloma względami oryginalna sensacja. Rzadko to się zdarza. Liam Neeson ma tu okazję zrehabilitować się za Gwiezdne Wojny, bieganie ze świetlówką na tle niebieskich ekranów i żarty z Jar-Jar Binksa.
Mocne, realistyczne sceny. Film daje do myślenia. Przeważnie mdli mnie od współczesnych filmów tego gatunku – chyba wszystkie są zrobione w podobny sposób. Ewentualny zwrot akcji, nawet jeśli zaskakujący, nie jest jakiś wartościowy. Czy coś. Tutaj mamy ograny motyw ojca szukającego porwanej córki. “Znajdę was i zabiję”, itp. Ale zrobione niesamowicie klimatycznie. Nieco inny film niż zawsze.
Brutalność wielu scen można porównywać do azjatyckich sensacji, ale o ile tam reżyserowie starają się często wprowadzać jakąś symbolikę i wizualną atrakcyjność do walk, w “Taken” są one najczęściej krótkie i potwornie skuteczne. Bo ktoś ze służby specjalnych będzie raczej wolał niebezpiecznego faceta walnąć w krtań albo zastrzelić niż wykonać na nim piękną Technikę Pięciu Kwiatów albo użyć stylu Żurawia za Stodołą. Tak, tak.
Film zwraca uwagę na handel ludźmi i trudności związane ze ściganiem takich przestępstw… Po skończeniu seansu nie czułem się komfortowo. Większość scen dzieje się w Paryżu, nasuwa to nieciekawe myśli o różnych mafiach i nieuchwytnych bandytach, kręcących się w miejscach, do których jeździsz na wakacje… Brrr…
Opublikował/a bg
Opublikował/a bg
Opublikował/a bg
Quentin Tarantino chciałby pewno nakręcić ten film. Niestety, może co najwyżej cytować – tego nie da się powtórzyć. Genialne, po prostu czyste arcydzieło. Sam Peckinpah to mistrz.
W polskim tłumaczeniu – “Powiesić go wysoko”. Niech będzie, chociaż ’em wskazywałoby raczej na “ich”, niż “go”. Whatever.