Film w reżyserii Martina Campbella, kawałek wcześniej opisałem jego bondowe “Casino Royale”. Ten film należy do innego gatunku…
Opinie na jego temat są bardzo różne, kiedy go skończyłem oglądać, stwierdziłem że jest dobry, ale coś mi nie pasowało. Zajrzałem do recenzji i zostałem zdruzgotany. Albo pochwały, albo krańcowe mieszanie z błotem. Dlaczego. Hm.
Film opowiada o Angelinie Jolie i Clive’ie Owenie, którzy działają jako wolontariusze (jak się zdaje) w krajach, opanowanych przez głód i wojnę. Angelina jest piękna, Clive też niczego sobie (jednak z jakiegoś powodu, ona mi się bardziej podoba, heh). Jeśli chodzi o wzruszanie widzów i uświadamianie, że jedni gadają o bzdetach i wyrzucają jedzenie, gdy równocześnie inni umierają z głodu, a choroby dziesiątkują całe narody – film jest raczej sukcesem. Może ktoś zostanie zmotywowany do pomocy lub podzielenia się swoimi środkami finansowymi. Sukces. Jeśli chodzi o pokazanie romantycznych scen i tego, jak dwójkę bohaterów “rozdziela los” – może też.
Ale - jak uświadomili mnie recenzenci na IMDB - w wielu miejscach film jest po prostu niemoralny i niemądry. Nie będę powtarzał czyichś opinii jako własnych, ale przytoczę kilka ich argumentów i obserwacji:
- bohaterka zbiera pieniądze, kupuje jedzenie i jedzie ciężarówkami do jakiejś głodującej wioski w Afryce – totalna porażka logistyczno-intelektualna; dodatkowo – konwój najwyraźniej nie jest w żaden sposób chroniony, kieruje nim bohaterka – według wszelkich informacji zero doświadczenia w takich sprawach – w rzeczywistym świecie zaginęłaby bardzo szybciutko razem z ciężarówkami
- bohaterka zostawia własne dzieci, żeby pomóc innym – że niby są bardziej potrzebujące; ale kiedy umierające dziecko (bez matki) ożywa pod jej troskliwą opieką, wyjeżdża sobie szybciutko z jakiegoś powodu, zostawiając je – najprawdopodobniej na śmierć; faktycznie, nikomu nie pomaga, zaspokaja tylko swoje egoistyczne potrzeby
- bohater wywozi (ciekawe jak) dziecko z kraju, gdzie panuje głód i używa go na jakimś przyjęciu (dobroczynnym?), żeby wzruszyć sumienie ludzkie? hę? żeby wyciągnąć fundusze? co to było?
- naturalistyczne ukazanie poniżenia ludzkiego – chorzy ludzie, nieszczęście i ludzka śmierć jako tło dla historyjki o tej ładnej i tym przystojnym, którzy spojrzą sobie w oczy i pokiwają głowami nad nieszczęściem tego świata, a potem pojadą gdzieś indziej
Może nieco zbyt ostro ludzie się wyrażają o filmie. Nie jest zły, nie zwracałem na takie rzeczy uwagi. Pewno źle zrobiłem. Ale niektórzy z tych, którzy tak pisali, twierdzili, że mają jakieś pojęcie o akcjach humanitarnych i że ten film ich obraża. “Shame on the makers of this movie for using the plight of starving and terrorised people around the world as a backdrop for a romance movie that is in the end totally pointless”. “Though she wants to do good in the world and help people, she sacrifices almost everything in order to do so.” Coś jest na rzeczy. Na pewno mnie to uważliwiło na metody wykorzystywania poważnych tematów w filmach. Komu powinniśmy współczuć – głodującym i umierającym, czy “cierpiącym z miłości”?
Mam nadzieję, że film zrobił więcej dobrego, niż złego.
- Wątek komentarzy do filmu na IMDB
Opublikował/a bg
Opublikował/a bg
Martin Scorsese zrobił remake jednego z ciekawszych filmów sensacyjnych lat 90-tych, ”Infernal Affairs” z Hong Kongu. Przykro mi mówić, że oryginał jest lepszy… Ale chyba jednak jest. Przede wszystkim, bardziej spójny w stylu i nie udający czegoś innego - był “psychologicznym dramatem policyjnym”, produkcją w najlepszym wydaniu. Scorsese zrobił kopię, momentami przemalowując całe ujęcia. Twórczo, ale zawsze. Wystarczy sobie przypomnieć oryginał, albo obejrzeć jego zajawkę na Youtube. Ja rozumiem, że adaptacja, że wyraża coś może nieco inaczej, ale nie widzę jakiegoś poważnego powodu, dla którego ktoś zapragnął zrobić taki filmu. Wyszło dobrze, ale czy nie ma dobrych scenariuszy? Trzeba robić remaki? Po co? Chyba, że Amerykanie nie są w stanie obejrzeć filmu z Azji? Z napisami? Nie po angielsku? Że niezrozumiałe kulturowo, za trudne w odbiorze? W Polsce jest to samo - gnioty z euroamerykańskich wytwórni wypychają z kin niemodne rzeczy. Niemodne, bo nie ma ich w telewizji. Na szczęście, “Departed” nie jest gniotem.
Opublikował/a bg
W polskim tłumaczeniu – “Galaktyczny druciarz”. Jedna ze słabszych książek Dicka. Chociaż zawiera wszystkie elementy jego twórczości – absurd i niepewność co do rzeczywistości świata, w którym bohater usiłuje funkcjonować, elementy boskiej interwencji, ironiczne podejście do konwencji sf (maskującej rozważane problemy trochę jak u Vonneguta) – całość jakoś nie robi tak dużego wrażenia, jak choćby “Labirynt śmierci” czy “Oko na niebie”. Ale dla kogoś, kto lubi tego autora – jak najbardziej ciekawa rzecz. Człowiek, profesjonalnie zajmujący się naprawą (“leczeniem”) porcelany zostaje zwerbowany przez pół-boską istotę z odległej planety do zespołu specjalistów, mających dokonać śmiałego eksperymentu. Dobre opisy życia na zbiuroktaryzowanej Ziemi, gdzie ludzie zajmują się idiotycznymi grami słownymi, ukradkiem marząc o wpływie na losy wszechświata. Momentami lekkie i zabawne, momentami very disturbing.